Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 16 listopada 2010

The Cinematic Orchestra - Crimson Wing/Les Ailes Pourpres



1. Opening Titles
2. Arrival Of The Birds
3. The Dance
4. Soda
5. Hatching
6. Marabou
7. Exodus
8. Transformation
9. Hyena
10. Life Of The Bird
11. First Light
12. Crimson Skies (feat. Lou Rhodes)

Rok: 2009

Coś zupełnie innego.
Les Ailes Pourpres : Le Mystère Des Flamants - to nazwa filmu stworzonego pod szyldem Walta Disneya, z serii Nature. Obraz opowiada o życiu flamingów, niestety, jako, że go jeszcze nie obejrzałem nie będę się do niego odnosić, choć przyznam, że zdjęcia prezentują się znakomicie. Tu można zobaczyć jego trailer: http://www.youtube.com/watch?v=S9vBVOXrldM

Grupa The Cinematic Orchestra znana z takich płyt jak: Every Day, Ma fleur czy świetnej Man with a movie camera kojarzy się przede wszystkim z nurtem tak zwanego nu jazzu, łączącego koncepcje elektroniczne z tradycyjnymi jazzowymi wirtuozeriami granymi na trąbce, saksofonie czy pianinie. Niniejsza płyta nagrana jako soundtrack do filmu Disneya ciągle pływa w tym nurcie lecz jest bardziej relaksacyjna, nastrojowa, brak tu zgrabnych sampli nu jazzowych, brak jakiegokolwiek wokalu (z wyjątkiem ostatniego Crimson skies, na którym głosu użycza fenomenalna jak zawsze Lou Rhodes). Pomimo tego, że po pierwszym przesłuchaniu można stwierdzić, że czegoś tu brakuje, że coś jest nie tak z TCO, to jednak trzeba przyznać, że wpadające w ucho dźwięki tworzą intrygujący klimat. Jestem pewien, że idealnie komponuje się on z klimatem samego filmu, w końcu do tego zespół nas już zdążył przyzwyczaić.
Już widzę te podrywające się do lotu stada flamingów, lecę z nimi...

65 zł w sklepach, dla niezdecydowanych na rapidshare

środa, 1 września 2010

Muzyka: Sing Sing Penelope - Music for umbrellas



1. chickens
2. fis & love
3. la couchette
4. black minority
5. walce bydgoskie
6. summa musica


Czas trwania: 50:50

Rok: 2006

Tomasz Glazik - saksofon tenorowy i barytonowy, syntezator
Wojciech Jachna - trabka
Daniel Mackiewicz – Rhodes piano, organy, instr. perkusyjne
Patryk Węcławek - gitara basowa
Rafał Gorzycki - perkusja

Wszystkie drogi prowadzą do Bydgoszczy. Nie, nie robię tego specjalnie, nie wynajduję coraz to nowych kapel z tego miasta, to one wynajdują mnie. 3 Moonboys, Variete, George Dorn Screams a teraz jeszcze Sing Sing Penelope...Wydaje się, że to miasto musi mieć jakiś magnetyzm muzyczny, naprawdę.

Sing Sing Penelope to formacja powstała w 2001 z inicjatywy Daniela Mackiewicza (Maestro Trytony) i Patryka Węcławka (Maestro Trytony, Ecstasy Project), w skład zespołu weszli także: Tomasz Glazik (Kazik, Kult, Buldog, Contemporary Noise Quintet), Wojtek Jachna (Dubska, Mordy, Contemporary Noise Quintet) i Rafał Gorzycki (Ecstasy Project, Maestro Trytony).
Debiutancka płyta "Sing Sing Penelope" (2004) przyniosła im dość duży rozgłos. Po dwóch latach zespół postanowił nagrać nowy album pt. Music for umbrellas, o której poniżej.

Music for umbrellas to przykład współczesnej, młodej, polskiej fali jazzu.
Dość tajemnicze, elektroniczne wprowadzenie w chickens nie do końca zwiastuje to, co czeka nas na kolejnych kawałkach.
Fis & Love, słyszymy pierwsze dźwięki, początkową linię melodyczną, spokojne, symetryczne, zamknięte partie łączące się dość płynnie z elektrycznymi i gitarowymi wstawkami, a wszystko to po to, by zaraz wybuchnąć połamanym, nieustannym yassem.
La Couchette i odpoczywamy, zatapiamy się w lekko chilloutowym, nastrojowym pozytywnym jazzie, bez zbędnych ceregieli, udziwnień i kombinacji.
Dopływamy do Black Minority, najbardziej kojarzący się z Contemporary Noise Quintet, potem jeszcze yassowe Walce Bydgoskie i zamykająca płytę, do połowy elektroniczna, wręcz kosmiczna Summa Musica, która jednak jazzowym finałem bardzo umiejętnie wkomponowuje się w cały krążek.
Zdecydowanie polecam

Płyta: 26,90 zł
mp3: jedyne 14,90 zł

Ostatecznie:
http://rapidshare.com/files/123061859/sing_sing_penelope_-__2006__-_music_for_umbrellas.rar

niedziela, 15 sierpnia 2010

Same Road - Muzyka do mycia okien



1. Klubowe
2. Glosy sprzed światów
3. Spod rynny na deszcz
4. Dobry kawałek na zimowe wieczory
5. Stan głaskanego kotka
6. Szczęście chodzi w pojedynkę
7. Muzyka do mycia okien
8. Szkocki
9. Lepszy znicz niż nic

Robert Kuliński - guitar
Emil Krocz - bass
Sebastian Strycharczuk – drums

Już nieco inna od Cinema Optica, bardziej zmasowana, miejscami lekko walcowata, sporo mocniejsza, ale ciągle z wieloma pomysłami. Chłopaki z północy sami stwierdzili, że natchnieniem dla ich grania były takie kapele jak Ewa Braun czy Mordy i faktycznie długie, rozbudowane, bardzo zróżnicowane, ale umiejętnie zamknięte w jedną całość utwory dają tego najlepsze świadectwo.
Melancholijne, nieco senne wstępy niektórych kawałków prowadzą wraz z coraz większym napięciem do kulminacji w postaci mocnej młócki gitarowej. Dla fanów EB i nie tylko. Świetna pozycja.
Bardzo polecam.

Płyta do ściągnięcia z oficjalnego bloga chłopaków: http://rapidshare.com/files/372305984/Same_Road_-_Muzyka_do_mycia_okien__2009_.rar

czwartek, 12 sierpnia 2010

Same Road - Cinema Optica



1. Kolorado
2. 100000
3. Organizm
4. Fifi
5. Koming Sum
6. Swingus Jinglut
7. Stloczeni
8. Tanikawalekdrogi
9. Dafi kran

Robert Kuliński - guitar
Emil Krocz - bass
Sebastian Strycharczuk - drums

Same Road to zespół powstały w 2003 roku w Koszalinie. Trójka chłopaków natchniona muzyką między innymi Ewy Braun oraz formacji Mordy postanawia grać swoje...
I przyznam szczerze, że te swoje grają naprawdę dobrze, czuć powiew świeżego grania, czuć pomysłowość i mnóstwo energii. Cinema Optica to płyta pozytywna, energetyczna, pełna mocy.
Sam przez dłuższy czas słuchałem jej w kółko, naprawdę w kółko, bo to muzyka, która nie nudzi się po przesłuchaniu, pięciu przesłuchaniach czy dwudziestu nawet. Miło słyszeć, że ktoś idzie drogą Ewy Braun mając swój własny koncept na muzykę, bardzo miło słyszeć.
Polecam

Do ściągnięcia z oficjalnego bloga zespołu: http://rapidshare.com/files/390139574/Same_Road_-_Cinema_Optica__2004_.rar

niedziela, 4 lipca 2010

L.U.C. - Planeta LUC



1. Intro do intra
2. Intro Sztampoland
3. Puenta - Popkultura jak żart Strasburgere
4. Co z ta Polską ? - Soviet menel kisiel
5. Remont - Na Atreriach mego życia
6. Czy ja wyglądam jak żagle ?
7. Kręta ścieżka, której nie wciąga się nosem
8. Reżim pana czykaczka, każdeg równo mierzy
9. Sen tymetry w magazynie wspomnień
10. Transplantacja biosu
11. O Witu, o filozofikui o ślepym śledźiu
12. O enegrocyrkulacji i szczęściu - Podaj dalej
13. O dziewczynce która urodziła drukarkę
14. O tym co należy so bie mówić gdy jest ciężko
15. O póobrocie czaka czyli o przyczynie pędu
16. O karuzel życia i puszystym sosie szusów
17. Happy End And Up Happy Hands

Rok wydania: 2008

Hip Hop nie umarł ! 

I co dziwicie się ? Dawno nic nie pisałem, a tu takie kwiatki...i w sumie o to chodziło, nie będzie żadnego szufladkowania męcikiewicza, żadnego schematyzowania muzyki i poglądów, żadnego przyprawiania gęby nie będzie, słucham muzyki a nie gatunku. 
Pomijając już Kalibra i Paktofonikę, pomijając już OSTRego, Fisza, Emade i Eldo, bo to jednak ścisła czołówka polskiego światka hiphopowego (przynajmniej dla niektórych) - wpadła mi ostatnio w ręce płyta L.U.C.'a "Planeta Luc", no i co ? I super. 
Mam dość słuchania o biedzie, zielsku, chlaniu na osiedlu i "sztuczkach foczek". Płyta L.U.C.'a prezentuje zupełnie inny wymiar tego typu muzyki w naszym kraju. Zupełnie inny muzycznie, zupełnie inny tekstowo, zupełnie inny jeśli chodzi o klimat samej płyty, o całą jej otoczkę. Niektóre płyty wykraczały poza nawias HH w Polsce i tak też jest teraz. Pomieszanie hip hopu, muzyki elektronicznej, chilloutu, elementów rocka, popu, jazzu i jeszcze kilku innych - po pierwszym przesłuchaniu było całkiem nieźle, z każdym kolejnym coraz lepiej, i tak teraz twierdzę, że jest to jedna z najlepszych płyt tego gatunku jakich miałem okazję przesłuchać ostatnimi czasy.  I to nie tylko zasługa Fokusa i Rahima, którzy tu także się udzielali, ale w ogóle pomysłu na muzykę Łukasza. Nie będę opisywał każdego kolejnego kawałka, mi osobiście najbardziej wpadły w ucho: Co z tą Polską oraz Reżim Pana Cykaczka - każdego równo mierzy, choć naprawdę cała płyta jest warta przesłuchania. Niektórzy mu zarzucają wtórność, zżynkę z PFK i  Kalibra, może i tak, może faktycznie słychać tu bardzo mocne wpływy tych zespołów, ale z drugiej strony były one tak znaczące, że teraz niemal wszystko poza "bieda hip-hopem" można podciągać pod ich twórczość. Jeśli nawet, to dobrze że zżyna z najlepszych...

Do kupienia w sklepach muzycznych, od biedy można znaleźć na peb.pl lub podobnych.

wtorek, 1 czerwca 2010

Muzyka: Crippled Black Phoenix - A love of shared disasters


  1. The Lament of the Nithered Mercenary
  2. Really, How'd It Get This Way?
  3. The Whistler
  4. Suppose I Told The Truth
  5. When You're Gone
  6. Long Cold Summer
  7. Goodnight, Europe
  8. You Take the Devil Out of Me
  9. The Northern Cobbler
  10. My Enemies I Fear Not But, Protect Me from My Friends
  11. I'm Almost Home
  12. Sharks & Storms / Blizzard of Horned Cats
Rok wydania: 2006

Skład:
Bass - Dominic Aitchison 
Cello - Charlotte Nicholls 
Guitar - Nial McGaughey 
Piano, Keyboards, Harmonium, Accordion - Kostas Panagiotou 
Trumpet, Violin - Max Milton 
Vocals [Voice] - Andy Semmens 
Vocals [Voice], Acoustic Guitar - Joe Volk 
Written-By, Guitar, Drums, Saw - Justin Greaves

Za powstanie Crippled Black Phoenix odpowiedzialni są Geoff Barrow z Portishead oraz Dominic Aitchison z Mogwai. Poza tą dwójką w składzie zespołu są także: Justin Greaves z Electric Wizard, Andy Semmens z Pantheist, Joe Volk z Gonga oraz Nial McGaughey z 3D House Of Beef. 
Skrzyżowanie tylu różnych od siebie osobowości (ale też w pewnym stopniu niesamowicie podobnych) skutkować musiało czymś ciekawym, niekoniecznie dobrym, ale na pewno interesującym. 
Płyta jest bardzo zróżnicowana, od melodyjnych rockowych dźwięków Really, how'd It get this way ?Suppose I told the Ttuth, przez nieco melancholijne When You're gone, Goodnight Europe, You Take the Devil Out of Me, mocno rozbudowane i patetyczne Sharks & Storms / Blizzard of Horned Cats po nieco ambientowo-psychodeliczne The whistler czy Long cold summer i brzmiące podobnie do swego rodzaju chorałów gregoriańskich My Enemies I Fear Not But, Protect Me from My Friends. Nic w tym dziwnego jeśli weźmiemy pod uwagę zróżnicowane gatunki muzyczne, w których udzielali się członkowie zespołu (Kostas i Andy Semmens tworzyli na przykład zespół doom metalowy). 
Na pierwszy rzut oka płyta wydaje się niespójna, ale po dokładniejszym przesłuchaniu spokojnie możemy stwierdzić, że pomimo swej różnorodności wszystkie utwory mają jakąś cechę wspólną, jakiś wyznacznik, linię którą podążają od początku do końca krążka. 
Mi osobiście najbardziej wpadły w ucho kawałki z wokalami Joe'go Volka, oznaczone numerami: 5,7, 8 i 12 - świetny emocjonalny, intrygujący wokal połączony z niemniej intrygującą aranżacją, coś na kształt Godspeed You ! Black Emperor. Bardzo dobra płyta z balladami końca świata. 

Cena: 67 zł


poniedziałek, 10 maja 2010

Video: Crippled Black Phoenix - When You're gone

Chodzi mi po głowie ostatnio prawie cały czas.
A zanim przyjdzie czas na całą płytę, taki mały smaczek - i nastrojowe i emocjonalne i takie trochę "twin peaksowe". Miłego.

czwartek, 22 kwietnia 2010

Muzyka: I'm not a gun - We think as instruments



1. Soft Rain in the Spring
2. Ripples in the Water
3. Move
4. Long Afternoon
5. Letter from the Past, A
6. Rush Hour Traffic
7. Unseen Moment
8. Blue Garden
9. As Far as Forever Goes
10. Continuous Sky

Rok: 2006

Skład:
Takeshi Nishimoto
John Tejada

Jak zwykle przypadkiem wpadłem na tę płytę siedząc gdzieś w zakamarkach Re w Krakowie. Właściwie nawet nie na płytę, ale na Continuous Sky, który tak bardzo mi się spodobał, że postanowiłem podskoczyć do barmana i zapytać cóż to właśnie leciało.
Dwóch muzyków, tylko dwóch muzyków, ale za to jaka dawka inności. Dość mocno przypomina mi to polskiego Emitera, Mordy, miejscami późniejszą Ewę Braun, ale gdzieniegdzie nawet słychać islandzki Mum w np. As Far as Forever Goes. Przeplatanie muzyki instrumentalnej z elektroniczną w sposób dość wysmakowany, który ubiera płytę w jedną, sensowną i pasującą do reszty kreację. Brak wokalu, w tym wypadku wydaje mi się, że to nawet dużo lepiej, bo jakoś nie mogę sobie wyobrazić jak miałby wpasować się tutaj czyjkolwiek głos, ale wiem, że są i tacy wokaliści/stki którzy by mnie chętnie z tego złudzenia obdarli i pokazali, że da się absolutnie wszystko. Może kolejne płyty zespołu zmienią moje podejście, może...
Bardzo intrygująca muzyka, która przy tym nie zajmuje 100% naszej uwagi, można słuchać i słuchać.

Z tego co mi wiadomo, w Polsce płyta do tej pory nie doczekała się oficjalnej dystrybucji


http://rapidshare.com/files/121819461/I_m_Not_A_Gun_-_We_Think_As_Instruments__2006_.rar

czwartek, 11 marca 2010

Muzyka: Massive Attack - Heligoland




1. Pray for Rain (vocals by Tunde Adebimpe)
2. Babel (vocals by Martina Topley-Bird)
3. Splitting the Atom (vocals by Grant Marshall, Horace Andy and Robert Del Naja)
4. Girl I Love You (vocals by Horace Andy)
5. Psyche (vocals by Martina Topley-Bird)
6. Flat of the Blade (vocals by Guy Garvey)
7. Paradise Circus (vocals by Hope Sandoval)
8. Rush Minute (vocals by Robert Del Naja)
9. Saturday Come Slow (vocals by Damon Albarn)
10. Atlas Air (vocals by Robert Del Naja)

Rok: 2010

Skład:
Robert del Naja (3D) 
Grant Marshall (Daddy G) 
Andy Horace
+ goście

Większości osób zaangażowanych trochę mocniej w słuchanie muzyki tego zespołu przedstawiać nie trzeba.  Massive Attack to właściwie już żywa legenda grania trip-hopowego, zespół-instytucja, który nie produkuje rzeczy zwykłych i powtarzalnych, nie komponuje utworów lekkich, łatwych i przyjemnych, nie nastraja optymistycznie, ale na pewno tworzy sobie tylko charakterystyczny klimat, który ciężko pomylić z jakimkolwiek innym składem. 
Heligoland to pierwsza od siedmiu lat płyta długogrająca, nie będąca soundtrackiem ani kompilacją czy zbiorem remixów tego zespołu. Długo fani musieli czekać na kolejny krążek i na pewno niektórzy srodze się na nim zawiedli. Szczerze mówiąc sam po przesłuchaniu Ep-ki wydanej pod koniec 2009 roku byłem skonsternowany - to już nie to samo granie znane z 100th Window, Mezzanine nie wspominając już o wcześniejszych krążkach, nie to samo. 
Nowa płyta nie jest może tak "przebojowa", nie wpada tak w ucho, nie tworzy tak niesamowitego klimatu jak poprzednie, ale jednak coś w niej jest. W końcu to Massive Attack. Mroczny klimat sampli przypomina nieco dokonania Lamb, czasem słychać tam trochę islandzkich natchnień, ale mimo wszystko to nadal smak Massive Attack. W oczy rzuca się niezła plejada gości:  Tunde Adebimpe (TVotR), Martina Topley-Bird (współpracująca wcześniej m.in z Trickim), Guy Garvey (Elbow), Hope Sandoval (Mazzy Star) i Damon Albarn (Blur, Gorillaz) - w większości występujący na wokalach. Warto wspomnieć, że jedynym wokalistą występującym na wszystkich płytach jest Horace Andy.
Mnóstwo słuchaczy na nią narzeka, że nietypowa, nie charakterystyczna, nie taka jak wcześniejsze, ale pamiętajmy że Massive postawił sam sobie tak wysoko poprzeczkę poprzednimi płytami, że ciężko będzie im teraz sprostać oczekiwaniom fanów. 
Girl I love You, Paradise Circus, ale przede wszystkim Saturday come slow - to według mnie sama esencja płyty, choćby tylko dla nich warto jej przesłuchać. 
Inna, ale i tak na niezwykłym poziomie.

Cena: 38 zł


czwartek, 14 stycznia 2010

Muzyka: Tom Waits - Blue Valentine






1. Somewhere
2. Red Shoes By The Drugstore
3. Christmas Card From A Hooker In Minneapolis
4. Romeo Is Bleeding
5. $29.00
6. Wrong Side Of The Road
7. Whistlin' Past The Graveyard
8. Kentucky Avenue
9. A Sweet Little Bullet From A Pretty Blue Gun
10. Blue Valentines

Rok wydania: 1978


Tom Waits (vocals, guitar, piano)
Roland Bautista, Ray Crawford, "Shine" Robinson (guitar)
Frank Vicari, Herbert Hardesty (tenor saxophone)
Da Wille Gonga, Harold Battiste (piano)
Charles Kynard (organ)
Byron Miller, Jim Hughart, Scott Edwards (bass)
Rick Lawson, Chip White, Earl Palmer (drums)
Bobbye Hall (congas)


Urzekła mnie ta płyta, choć trzeba przyznać czekała na mnie dość długo, bo jak dobrze liczę kilka lat. Pewnego dnia ją znalazłem, przesłuchałem od tamtej pory kilka razy, ale jak widać odbiło się to wtedy bez większego echa. Ostatnimi czasy słucham jej niemal w kółko; finalne dźwięki Blue Valentines i z powrotem do Somewhere, znów  walentynki i kolejny raz Somewhere i jeszcze, jeszcze...
Głos Waitsa urzeka, mocny, basowy, zachrypnięty, uwodzicielski, głos Casanovy - przypomina Joe Cockera, Nicka Cave'a, miejscami nawet Louisa Armstronga zresztą jego modulacja na płycie jest tak zmienna, że wydaje się, iż śpiewa co najmniej dwóch wokalistów. Do tego mamy potężną, dawkę subtelnego grania bluesowo-jazzowego i świetne teksty Toma. Płyta jest zróżnicowana, miejscami bardzo lekka, od razu wpadająca w ucho, a miejscami gęsta od papierosowego dymu i oparów alkoholu. Niemal każdy znajdzie tutaj coś dla siebie, czy to muzycznie czy wokalnie czy też tekstowo. Świetna.

Cena: ok. 30 zł

Ostatecznie:
http://rapidshare.com/files/208326581/Tom_Waits-Blue_Valentine.klasyka.net.zip

środa, 30 grudnia 2009

Muzyka: Snowman - The Horse, the Rat and the Swan



1. Our Mother (She Remembers)
2. We Are the Plague
3. The Gods of the Upper House
4. The Blood of the Swan
5. Daniel Was a Timebomb
6. A Re-Birth
7. She Is Turning Into You
8. The Horse (Parts 1 and 2)
9. Diamond Wounds

Rok wydania: 2008

Skład:
Joseph McKee
Aditya Citawarman
Olga Sigurthorsdottir
Ross Di Blasio

Z niepokojem podchodzę do pisania o tej płycie, tak jak i z niepokojem podchodzę do samej płyty. Nie, nie dlatego, że jest kiepska, że nie wiem co pisać, ale dlatego, że niepokoję się ilością słów, zdań i myśli, które cisną mi się do głowy podczas słuchania jej. Niepokoję się muzyką, którą słyszę w słuchawkach i klimatem, który tworzy, tym, jak go tworzy i sposobem w jakim on do mnie dociera, jak obejmuje, przygniata, zasnuwa wszystko przed oczami...
Niesamowita jest ta płyta, naprawdę niesamowita, zdecydowanie jedna z najlepszych jakie słyszałem, w ogóle. Ta płyta jest brudna, ciemna, brzydka i mroczna, zdecydowanie mroczna, zupełnie tak jakby wyszła z czerni i innej barwy nigdy nie widziała. Zresztą w tym kolorze jej do twarzy, ona maluje ten krążek i napełnia go, ona tworzy nastrój, emanuje nim i pogrąża. Ale na pewno nie jest to muzyka smutna i depresyjna - ona jest po prostu z ciemnej strony Księżyca...
Nie będę opisywać każdego utworu z kolei, nie widzę sensu, absolutnie żadnego. Dość powiedzieć tyle ile zostało powiedziane i to, że płyta (jak jej nazwa może sugerować) zespolona jest z trzech części, a raczej, że te części tworzą całość podzieloną później na trzy.
Pierwsza to horse - reprezentująca apokalipsę, druga, rat nawiązuje do korupcji i zdrady, ostatnią jest swan czyli suma tego wszystkiego, a jednocześnie (jak to sam Joe McKee stwierdził) zakomunikowaniem, iż człowiek nie może być ciągle trawiony przez te mroczne myśli, gdyż potrzebuje także piękna i wszystkiego co z nim związane.
Mnóstwo tu ambientu, psychodelii, jakiegoś progresywnego rocka, rockabilly...
Jak chłopaki z Perth nam to przekazują i czy trafia to do odbiorcy zostawiam już innym - ja swoje wiem.

Do przesłuchania:

Do pobrania:
http://rapidshare.com/files/319682464/snowmanHRS.rar

wtorek, 15 grudnia 2009

Muzyka: Godspeed You! Black Emperor - F#A#infinity




1. The Dead Flag Blues
2. East Hastings
3. Providence

Rok wydania: 1998

Skład(!) :
Thierry Amar – gitara basowa
David Bryant – gitara
Bruce Cawdron – perkusja
Aidan Girt – perkusja
Norsola Johnson – wiolonczela
Efrim Menuck – gitara elektryczna
Mike Moya – gitara
Mauro Pezzente – gitara basowa
Thea Pratt – róg
oraz artyści występujący gościnnie...


Nie będę się zbytnio rozpisywał, bo czuję, że brak mi wiedzy muzycznej a przede wszystkim słów, żeby tą muzykę opisać. Lepiej zacytuję: "Rafał Księżyk "Kosmos przez pryzmat chaosu" (Brum 2/99): "(...) Minimalistyczny, filmowy ambient-rock, w którym przestrzenne, rozpływające się brzmienia gitar zlewają się z kameralistyczną aurą dźwięków wiolonczeli, skrzypiec i rożka francuskiego, a wszystko tonie w bluesowej nostalgii."

Tego trzeba po prostu posłuchać. Koniecznie


Cena: ok. 70 zł

Ewentualnie:

Muzyka: 3 Moonboys - Only Music Can Save Us



1. Spit it out
2. Oh. so
3. Uplookin'
4. Broken toy
5. Bed
6. Its mine day at last
7. Arachnophobia
8. Too old to grow
9. Andalusian code
10. Petra Prochazkova

Rok wydania: 2009

Skład:
Marcin Karnowski - perkusja
Wojtek Kotwicki - gitara, śpiew
Miłosz Runge - syntezatory dźwięku
Piotr Michalski - gitara basowa

Wracamy do chłopaków z Bydgoszczy, po debiutanckim krążku "3 Moonboys" wydanym 2004 roku, przyszła pora na kolejną produkcję zatytułowaną "Only Music Can Save Us", która trafiła na sklepowe półki w 2006 roku.
Po sennej, transowej, lekko hipnotycznej pierwszej płycie spodziewałem się, że "księżycowe chłopaki" dalej będą nagrywać w tym nurcie, okazało się, że niezupełnie miałem rację.
Nowe nagrania dużo bardziej kierują się w stronę rocka, są o wiele bardziej przebojowe i na pewno łatwiej zaistnieć im na antenach rozgłośni radiowych niż starszym kolegom z debiutu.
Rocka jest rzeczywiście dość dużo, ale 3 Moonboys nie poszli przykładem niektórych kapel i nie spadli do popowego medialnego rynsztoka, a ciągle jedną nogą siedzą w konwencji noise'owej, czego najlepszym przykładem niech będzie Uplookin' i Petra Prochazkova. Sporo jest też lekko psychodelicznej zabawy formą i treścią, ot choćby wspomnieć Broken toy, Too old to grow czy Arachnophobia. Może nie ma już tak wwiercających się w głowę i niespokojnych kawałków jak na ostatniej płycie, ale ciągle jest to granie przyjemne dla ucha, choć dla mnie osobiście, już bez jakiejś urzekającej magii. Po prostu dobra płyta. Polecam.

Cena: 25 zł

Ostatecznie:

niedziela, 13 grudnia 2009

Muzyka: Marcin Wasilewski Trio - January



1. The First Touch
2. Vignette
3. Cinema Paradiso
4. Diamonds And Pearls
5. Balladyna
6. King Korn
7. The Cat
8. January
9. The Young And Cinema
10. New York 2007

Rok wydania: 2008

Skład:
Marcin Wasilewski – fortepian
Sławomir Kurkiewicz – kontrabas
Michał Miśkiewicz – perkusja

Nazwisko Marcina Wasilewskiego w kręgach słuchaczy muzyki jazzowej jest dość znane, gdzieś tam ciągle obija się o uszy, gdzieś przeplata przy okazji różnych osób, płyt i koncertów. Mało kto natomiast potrafi jednoznacznie stwierdzić, któż to ten Wasilewski jest, co nagrał, kiedy i z kim. Przesłuchawszy "January" wiedziałem, że skądś tę muzykę znam. Wydawnictwo stosunkowo świeże i na pewno nie miałem okazji wcześniej go słuchać, więc gdzież ja już to słyszałem ? Jako impotent z wiedzy jazzowej, dopiero po przeczytaniu biografii tego jak i pozostałych muzyków z MW Trio zrozumiałem. Cała trójka nagrywała do tej pory pod szyldem Tomasza Stańko...Soul of Things, Suspended Night, Lontano - to jest właśnie ów słynny Tomasz Stańko Quartet.
Ale do rzeczy. Ta płyta nie porywa, nie skłania do jakiś głębszych refleksji, nie intryguje jak choćby wspomniane płyty kwartetu Stańki, ale jest ciekawa mimo wszystko. Na początku słucha się jej przyjemnie, choć trochę jak wypełniacza, przynajmniej tak jest z pierwszymi utworami: The first touch, Vignette, Cinema Paradiso - to takie nastrojowe, subtelne jazzowe granie, bez większego polotu, ale miłe dla ucha. Dopiero od Balladyny zaczyna "coś" się dziać. Są zmiany tempa, jest sporo wirtuozerii i właśnie zdecydowanie więcej polotu - czegoś, czego chwyta się nasza uwaga, choć na chwilę. Na chwilę, bo na kawałku January te "rozbójnictwo" muzyczne już gdzieś usnęło, powróciło na krótki moment w The young and cinema, ale ostatni kawałek z tej płyty znów wprowadza w lekko senny stan.
Brakuje na tej płycie jakiejś puenty, kulminacji, ciut więcej improwizacji, pokazania jakiegoś pazura...a może po prostu za bardzo przyzwyczaiłem się, że w tych "pustych" momentach pojawia się trąbka Stańki i to właśnie o niej mimowolnie myślę. Na pewno to dobra, ba nawet bardzo dobra produkcja, do której chce się wracać, choć nie słuchać jej w kółko. Na mgliste, szare styczniowe wieczory jak znalazł. Tylko ta cena...

Cena: ~65 zł

Ewentualnie:

niedziela, 6 grudnia 2009

Muzyka: Californa Stories Uncovered - Confabulations


1. Honey flavored
2. Meadow
3. XNA
4. The moth
5. Mr. Ambulance Driver
6. Footsteps
7. Red
8. Small bodies - big impact
9. Performance review

Rok wydania: 2009

Przyznam szczerze, że pierwsza ep-ka muzyków z Tczewa była dla mnie dużym zaskoczeniem. Młody zespół, nieznany w zasadzie w szerszym środowisku narobił sporego szumu, co odbiło się echem podczas ich koncertów w Polsce i za granicą. Rozbudowane, przestrzenne gitarowe kompozycje, świetnie wpasowane bębny i brak wokalu, dzięki któremu człowiek bardziej skupiał się na samej warstwie muzycznej sprawiały, że do dema jak i późniejszej płyty koncertowej, nagranej w studiu Trójki wracałem i wracam bardzo chętnie. Tym bardziej więc interesowała mnie nowa płyta CSU. Ta jednak rozbiła mój światopogląd muzyczny względem tego zespołu.
Primo. Jest już wokal, który niestety psuje klimat całej płyty i przypomina mi emo-core'owe zespoły amerykańskie młodego pokolenia czy to podczas płaczliwie zaśpiewanego The moth czy też "hitowego" i chyba najbardziej popowego Mr. Ambulance driver, podobnie jest ze Small bodies-big impact.
Secundo. Przestrzenne granie, które zostało zastąpione bardziej "radiowymi", czasem wręcz zbliżającymi się do popu kombinacjami muzycznymi.
Najbardziej podpasowały mi: lekko transowy Meadow, Xna z nutką psychodelii i chyba najbardziej podobny do dotychczasowych dokonań California Stories Uncovered Red, zresztą dwa poprzednie kawałki też mają dużo wspólnych cech z demem.
Chłopaki z Tczewa niewątpliwie są jednym z najciekawszych debiutów na polskiej scenie rocka alternatywnego, mają potencjał, są kreatywni i potrafią grać, tyle tylko, że poszli nieco inną drogą od moich oczekiwań, szkoda, ale pewnie wyjdzie im to tylko na dobre. Wróżę im świetlaną przyszłość. I tego im życzę.

Cena: 22,90 zł

Ostatecznie:

sobota, 5 grudnia 2009

Muzyka: Variete - Zapach wyjścia




1. Anioł
2. Farby
3. Chłopcy
4. Manhattan
5. Punkt
6. Zmiana
7. Ulewa
8. More&more


Rok wydania: 2008


Muzykę tworzyli:
Grzegorz Kaźmierczak – wokal, teksty, instrumenty klawiszowe
Marek Maciejewski – gitara
Donald Dixon – gitara basowa
Luigi Franceschini – perkusja


Tym razem będzie krótko. Variete istnieje od 1983 roku, przez cały ten okres wydawało charakterystyczne nowofalowe, niekiedy ciężkostrawne, poniekąd mroczne płyty z niezmiennie poetyckimi, metaforycznymi tekstami Grzegorza Kaźmierczaka.
Do tego zespół nas przyzwyczaił, te właśnie elementy były wyznacznikami Variete. Zapach wyjścia to kolejna płyta, która kontynuuje tę tradycję, umiejętnie przedłuża dotychczasowy klimat tworzony przez zespół. Nie męczy, nie nudzi, ale nie jest też prosta, ani muzycznie ani tekstowo. Wydaje mi się, że to najlepsza płyta nagrana przez Variete, chyba "najlżejsza", najbardziej pozytywna, bardzo mocno wpadająca w ucho, tyle, że trochę za krótka :) 
Polecam, szczególnie, że cena jest nieadekwatnie niska do zawartości.


Cena: 22,90 (płyta), 14,90 (mp3)


Ostatecznie:

środa, 2 grudnia 2009

Muzyka: Contemporary Noise Quintet - Pig Inside the Gentleman




1. Million Faces
2. rmy of the Sun
3. A Coin Perfectly Spinning
4. Goodbye Monster
5. Walking Sun
6. Even Cats Dream About Flying
7. Evil Melody
8. Invisible Train
9. P.I.G
10. Sophie

Rok wydania: 2006

Zespół tworzą:
Bartek Kapsa - perkusja
Kuba Kapsa - pianino
Tomasz Glazik - saksofon tenorowy, saksofon barytonowy
Wojciech Jachna - trąbka
Paweł Urowski - kontrabas

Jazz, nu-jazz, improwizacja, muzyka filmowa, free jazz, alternative jazz, acid jazz, modern jazz, jazz fusion, punk jazz ... - to zaledwie część z określeń używanych do zwerbalizowania gatunku muzyki grupy Contemporary Noise Quintet. Nic dziwnego, że tak ciężko ująć w sztywne ramy ich dzieło, gdyż to dzieło w żadne ramy wejść nie chce. Albo zsuwają się one delikatnie niczym krople rosy na porannej trawie albo pękają pod naporem muskułów linii melodycznych tej płyty. Nie będę próbował ich szufladkować, bo nie widzę sensu, muzyka CNQ idzie własną drogą i niech tak już pozostanie...

Powiem szczerze, dla mnie ta płyta jest muzycznym odkryciem, na pewno, niezaprzeczalnie, z całą pewnością, życiowym. Słucham jej kilka/naście (?) miesięcy, nie znudziła mi się jeszcze i zdecydowanie zostanie w mojej ulubionej playliście na długo.
Co sprawiło, że tak mi przypadła do gustu ? Świeżość, energia, optymizm, dynamiczność, ale i podobny poziom utworów. Nie ma tu lepszych i gorszych, są lepsze i jeszcze lepsze. Są słabiej zapadające w pamięć, mniej charakterystyczne, "cichsze", ale na pewno nie gorsze. Z tych "jeszcze lepszych" wymienię trzy: Goodbye monster ze świetnymi partiami trąbki i saksofonu, Even cats dream about flying, które całokształtem przyprawia o dreszczyk oraz Sophie, jak dla mnie najlepsze z całego albumu, najbardziej delikatne i romantyczne.
Bodaj najciekawsze popisy saksofonowe usłyszymy na Walking sin, na którym, jako jedynym, dotrze do naszych uszu wokal, mówiony, a nie śpiewany, ale ewenement jest ewenementem. Warto nadmienić, że Walking Sin, jest faktycznie "walking"... jeśli chodzi o linię melodyczną, taki "wędrujący" utwór. Najwięcej chilloutu usłyszymy zaś na Invisible train.
Wszystkie w zasadzie utwory mają kilka cech wspólnych: niezwykłą dynamikę, zmiany tempa, wręcz gwałtowność - potrafiące z ciszy ulepić w ułamku sekundy ścianę dźwięku, która po chwili znów przeradza się w ledwo co słyszalne intonacje muzyczne, energetyczność - dającą się we znaki podczas słuchania płyty, ale też po niej, w końcu spasowanie w czasie wszystkich instrumentów, nie ma tu niepotrzebnych szarpnięć, wyścigów poszczególnych muzyków.
Całość stanowi formę zamkniętą, której niczego nie brakuje, nie jest przesadnie też przesycona dźwiękami. Można słuchać w kółko.
Teraz, kilka lat od momentu wydania, wiemy już, że to najbardziej punkowa, rockowa z płyt zespołu Contemporary Noise, kolejne krążki będą już zupełnie inne, ale o tym w swoim czasie...

Na koniec fragment recenzji Piotra Świstakowskiego z "Aktivist", która moim zdaniem najlepiej oddaje to, co stworzyli chłopaki z Contemporary Noise Quintet: "Tu z dżentelmena, konesera, wychodzi agresywna świnia, gwałcąc delikatność jazzu rockową ekspresją. Warto posłuchać, przypomnieć sobie, że muzyka jazzowa nie jest niepotrzebnym nikomu onanizmem. To tylko kilka dźwięków, które sprawiają, że jest fajnie. Po prostu."

Cena: 30,99 zł

Ostatecznie:

poniedziałek, 30 listopada 2009

Muzyka: 3 Moonboys - 3 Moonboys



1. Evaded me...
2. 3moonboys from the dark side
3. 3moonboys from the bright side
4. A lon(e)g trip
5. World one father
6. Blushes
7. Memories
8. Charlie Sleeps... (to memory Charls Bronson) ... (Hollywood of my childhood is dying)

Rok wydania: 2004

Cena: 25 zł

Bydgoszcz alternatywą stoi, bez wątpienia. Variete, George Dorn Screams, Świeżo malowane, Charlie Sleeps, 3 Moonboys, zapewne jeszcze kilka zespołów by się znalazło. Jakaś dziwna moc do grania tego typu muzyki drzemie w tym mieście.
Ambitna, niekonwencjonalna płyta z pogranicza gatunków, senne, transowe, wwiercające się głęboko w duszę utwory, z delikatnie brzmiącymi gitarami poprzeplatanymi pasażami perkusyjnymi i lekkim marzycielskim głosem Wojtka Kotwickiego jak na przykład w A lon(e)g trip. Subtelne początki niech nikogo nie zmylą, kompozycje stopniowo rozkręcają się, dochodząc nieraz do wymiarów wręcz monumentalnych, pochłaniających całą uwagę słuchacza, czego przykładem niech będzie Blushes, jeden z najznakomitszych utworów z płyty. Trochę przypomina mi to rozrastające się linie melodyczne Ewy Braun (choćby Wzmocnione światła).
Zdecydowanie niespokojna jest ta płyta, może nie aż tak bardzo jak w najbardziej oddalonym od muzycznego klimatu całości Memories, ale na pewno pozostawia niedopowiedzenia, jakąś taką pustkę po dojściu paska odtwarzania do końca krążka. I tą pustkę chcę się na powrót wypełnić dźwiękami chłopaków z Bydgoszczy. Brawo, brawo i jeszcze raz brawo. Świetna pozycja.

Mp3 z oficjalnej strony:

Muzyka: Jimmy Scott: Sycamore Trees

Jimmy Scott. Wokalista, jazzman. 74 lata, gra i koncertuje cały czas...i właściwie na tym bym mógł skończyć, bo jeśli ktoś jest w tym wieku, a potrafi jeszcze wykrzesać z siebie siły na koncertowanie, jeżdżenie po świecie, do takiej Polski na końcu świata, to musi być człowiekiem wielkim, i duszą i ciałem. Wielkim. Nie skończę, pociągnę to dalej, bo warto.
Właśnie przeczytałem. Niedźwiecki twierdzi, że to "zasuszony krasnoludek". Tak, zgadzam się całkowicie, to właśnie zasuszony krasnoludek, ale ten głos...
Dziadzia Scotta można pomylić z kobietą, jak przykład autora wskazuje, zresztą nie tylko autor mylił się w tym względzie. No nic, nieważne, nie w tym rzecz.
Sycamore Trees utwór, który wbija w podłogę, jest tam i Portishead i wysublimowanie drgania amerykańskiego jazzu z lat 60-tych. Jest przede wszystkim głos Scotta, strasznie przypominający Tracy Chapman i właśnie Beth Gibbons z "Show". Zresztą "Show" słychać w tym utworze jak żaden inny, który znam. Niewątpliwie na stałe zagości w liście ulubionych utworów.

Smutne, ale piękne i przejmujące.


Posłuchać można tu: http://tiny.pl/hxj5s

a tak już ad marginem, coś mi się wydaje, że zakoleguję się z Jimmym i będzie tutaj stałym gościem.